IZABELA DEGÓRSKA

 

ORNAMENT

- Do ciebie! - krzyknął Darek z drugiego końca mieszkania.

Stałam na drabinie i zrywałam starą, pożółkła tapetę, jeszcze po poprzednich właścicielach. Mieszkaliśmy na tym poddaszu już dobre pół roku, nadeszło lato i wreszcie zabraliśmy się do urządzania pokoju  w sposób bliższy naszym wyobrażeniom. Na pewno nie marzeniom, ale jak realizować marzenia kiedy zarabia się mniej, niż najbiedniejszy emeryt?

Właśnie dałam ogłoszenie - młoda, miła aparycja, wykształcenie… szuka pracy biurowej, adres, telefon…. Miałam 22 lata, byłam niegłupia, a latem, kiedy szłam ulicą w krótkiej spódniczce, nie było faceta, który by się za mną nie obejrzał. Choć już dwa lata po ślubie, chwała Bogu ciągle byłam bezdzietna. Na moją ofertę otrzymałam w odpowiedzi telegram, w którym proponowano mi pracę w klubie nocnym w Gdańsku (praca biurowa w klubie nocnym?!), dobre kilkaset kilometrów od rodzinnego Szczecina. Potem nastała długa, męcząca cisza. A wakacje mijały i wraz z nimi nasze marne oszczędności. Do poprzedniej pracy nie chciałam wracać - chociaż w wyuczonym zawodzie, gwarantowała tak śmieszne pieniądze, że moja babcia szczyciła się wielokrotnie wyższą emeryturą.

Zeszłam z drabiny i otrzepałam pył z włosów. W moim mniemaniu można było teraz o mnie powiedzieć wszystko, tylko nie "ale ona śliczna". A jednak mężczyzna, który zatrzymał się na zakurzonym progu musiał właśnie tak pomyśleć. Gapił się na mnie o ułamek sekundy za długo. Miał ciemne włosy i nieco niechlujną brodę. Szczupła sylwetka była pochylona. Nie mógł mieć więcej niż 35 lat, ale dla mnie był po prostu stary. Wyglądał jak rasowy Żyd, brakowało mu tylko kantorka. Te oczka strzelające po kątach, ten ledwo zauważalny ruch zacierania dłoni… Mężczyzna odchrząknął i odezwał się miłym głosem.

- Dzień dobry, nazywam się Jakub Kugler. Przyszedłem w sprawie ogłoszenia.

Zbaraniałam. Dlaczego nie zadzwonił? Szybko, nawet bardzo szybko, ustaliliśmy wstępne warunki zatrudnienia. Dziesięć minut później stałam samotnie na środku remontowanego pokoju ze szpachelką w ręce i patrzyłam na ciągle osypane pyłem dłonie, które właśnie awansowały do rangi dłoni sekretarki.  

Czerwony tramwaj wiózł mnie przez ulice Szczecina razem z tłumem szarych ludzi. Zbliżała się ósma i poranny chłód wypełniał wilgocią nawet ten rozklekotany pojazd. Tramwaj rzucił i z piskiem zahamował na przystanku. Wysiadłam i spojrzałam nieco lękliwie w górę. Stałam przed biurowcem, który wyraźnie dominował nad otoczeniem. Jego fasadę w stylu późny Gierek wieńczył napis ORNAMENT. Litery były szare i brzydkie, choć właściciel budynku zajmował się między innymi wykonywaniem wszelkiego rodzaju szyldów. Nie było tu błyszczących marmurów, cichych wind, sklepików, ani automatów z kawą. Nawet dyżurka ze strażnikiem była taka jakaś mała i ciemna, jakby jej w ogóle nie było. Dotarłam na trzecie piętro i zapukałam do drzwi, za którymi od tej chwili miało być moje królestwo.

- Proszę! - usłyszałam naglący, damski głos, który brzmiał raczej jak "czego?!".

Weszłam i ujrzałam malutki pokoik, w którym stały obok siebie dwa biurka. Pod ścianą sterczała stara drewniana szafa, a tuż obok metalowa szafka, nieco obdarta z farby. Na podłodze leżało starte linoleum. Czyste, ale wyraźnie zużyte. Za jednym z biurek siedziała niewysoka kobieta o jasnych włosach. Gdyby ważyła z piętnaście kilo mniej, można by o niej powiedzieć, że szykowna. Bystry wzrok, staranny, ale nie przesadny makijaż i coś ciepłego w aurze sprawiały, że nie kojarzyła się z typem durnej blondynki. Zlustrowała mnie jednym spojrzeniem, a jakiś skurcz, który przeleciał przez jej twarz dowodził, że wraz z tym spojrzeniem przebiegło przez jej głowę mnóstwo myśli. Kiedy się przedstawiłam, kiwnęła głową i zafrasowana spojrzała po pokoiku.

- Trzeba ci będzie znaleźć miejsce na biurko. Cholera! Tak ciasno!

Tak poznałam Irenę, księgową.

Moja pierwsza praca w biurowcu była chyba najdziwniejsza. Firmę, w której zostałam zatrudniona, tworzyli bardzo młodzi ludzie pełni nadziei, wiary, pomysłów i chęci. Szybko się zorientowałam, że przypadła mi rola czegoś pomiędzy zakładową maskotką, a dowodem nobilitacji Jakuba, czyli prezesa. Sekretarka była tam potrzebna jak dziura w moście. Zwłaszcza taka sekretarka jaką ja byłam wtedy. Nie umiałam pisać na maszynie, nie wiedziałam jak odbierać telefony, ani nawet gdzie jest bank, do którego ciągle trzeba było nosić jakieś przelewy. Irena przeze mnie, zamiast mniej, miała więcej pracy. Cierpliwie uczyła mnie wszystkiego, dzielnie znosząc nawet moje denerwujące stukanie w klawiaturę.

W atmosferze żartów i mało intensywnego wysiłku mijały dzień za dniem. Z czasem nauczyłam się paru rzeczy i powoli zaczynałam być przydatna. Uwielbiałam tę pracę. Wszyscy mówili sobie po imieniu i autentycznie się lubili. To było tak miłe, że aż nieprawdopodobne. Kiedy szłam do naszego biura mijałam po drodze pomieszczenia wynajęte innej firmie, która zajmowała się przewijaniem silników (pokoje były bardzo tanie, bo wymagały gruntownego remontu). Zawsze wtedy wychodził na korytarz wysoki blondyn w roboczym kombinezonie, piękny jak młody bóg. Najwyraźniej odrywał się od swojego silnika, przystawał w progu i bez słowa patrzył jak idę. Następne pomieszczenia należały już do naszej firmy. Pracowało w niej kilku zdolnych chłopaków, którzy projektowali i wykonywali prototypy identyfikatorów żył kablowych i urządzeń pomiarowych. Te, na które udało się zdobyć zamówienie produkowali ręcznie w pojedynczych egzemplarzach jak w manufakturze. Nigdy się nie dowiedziałam do czego one służą, mimo, że próbowali mi to wytłumaczyć.

Zaczęło się od tego, że żona Jakuba zaszła w ciążę. Nie było to planowane dziecko, zwłaszcza że już trzecie, jednak "Bóg dał", prezesowi pozostało więc tylko czekanie. Stawał się nieobecny duchem i jakby bardziej pobudliwy. Więcej bujał w obłokach, niż pracował, patrzył gdzieś przez okno, zamiast obdzwaniać kontrahentów, nawet jego inspekcje na hali produkcyjnej przypominały duchową kontemplację poszarzałych ścian, a nie mobilizowanie do wydajnej pracy. Kiedy maleństwo się urodziło, wszystko nieuchronnie zmierzało już  ku katastrofie. Firma robiła bokami, konto świeciło pustkami, a chłopcy z nudów obijali się o ściany, bo nie było nowych zamówień. Coraz częściej na mój widok milkły rozmowy w pokoiku z trzema biurkami, a kiedy wychodziłam po nagle potrzebny zapas znaczków pocztowych, słyszałam jak za drzwiami Irena mówi coś do Jakuba podniesionym głosem. Nie było już tak miło. Byłam luksusem firmy i to na mnie spoczął wreszcie ciężki wzrok prezesa. Pamiętam to pierwsze wypowiedzenie, ten dziwny skurcz w żołądku, to poczucie wyrzucenia poza nawias. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam: "bo ty to sobie na pewno znajdziesz pracę". Znalazłam. Wiele razy znajdowałam. Jednak, o ironio, to ja zostałam przy swoim biurku.

Spółka potrzebowała tańszych pomieszczeń. Dużo tańszych. Stawki czynszu w remontowanym w międzyczasie budynku sukcesywnie były podnoszone. Jakub postanowił więc przenieść swój kramik na obrzeża miasta. Kiedy katalogowaliśmy do wyprowadzki majątek firmy, zwalniane pomieszczenia przyszedł oglądać nowy najemca. Miał wielki brzuch, wielki sygnet i ugruntowane wyobrażenie o swojej wielkości. W jego głosie brzmiała nuta agresji, co sprawiało, że nieodparcie kojarzył mi się z psem-alfa w sforze. Starannie przyczesane rzadkie włosy były tłuste, a drobne dłonie, które zaczepiał o poły eleganckiego garnituru mocno kontrastowały z jego zwalistą posturą. Niewielka głowa wydawała się być nieruchoma i wyrastać wprost z tułowia. Kiedy chciał się przyjrzeć czemuś z boku, obracał się całym ciałem. Dwa kroki za nim, lekko drobiąc, dreptał jakiś dziwnie przykurczony mężczyzna. Ten z wielkim brzuchem rzucił władczym spojrzeniem po biurze, prześlizgnął wzrokiem po mnie, taksując jak mebel i mruknął coś temu pokurczonemu. Potem wymienił jakieś uwagi z Jakubem i nagle do mnie wypalił:

- Właściwie mogłaby pani zostać u mnie. Ja akurat potrzebuję sekretarki. Tu, w tym biurze. Jeżeli się pani sprawdzi…

Zdumiona starałam się zapanować nad twarzą, by nie rozdziawić głupkowato ust. Mężczyzna zaś poprawił swój bardzo drogi garnitur i w paru słowach przedstawił sytuację. Był właścicielem prywatnej firmy. Właśnie wykupił w Szczecinie udziały pewnej upadającej stoczni jachtowej, która do niedawna produkowała z żywic łodzie i bagażniki dachowe. Otwiera więc tu jedną z filii swej firmy. Ten pan z tyłu będzie jej dyrektorem, pokurcz przykucnął jeszcze niżej, tu będzie biuro. Teraz jedzie na rozmowę handlową z Niemcami, by sprzedać przejęte bagażniki. Będę jego tłumaczem. Powiedział to takim tonem, że nawet jakbym nie znała niemieckiego, pewnie bym odpowiedziała jak rodowita Niemka.

Kiwnęłam głową, zwłaszcza że Jakub nie robił problemów, i chwilę potem siedziałam w wozie brzuchatego. Kurde, co to był za wóz! Przycupnęłam cichutko na wielkim fotelu, owionął mnie chłód klimatyzacji, a samo miasto wydało się nagle zza tych przyciemnianych szyb takie… takie… drugiej jakości. Brzuchaty miał na nazwisko Iwakowski. Nigdy nie przedstawiał się imieniem, jakby go nie miał. Choć pochodził z małego miasteczka na południu Polski, gdzie miał dobrze prosperującą cegielnię, najchętniej snuł opowieści o firmach warszawskich, gdzie był jedynie figurantem. Samochód prowadził rozwalony za kierownicą jak pasza. Jego gesty były tak szerokie, a ruch dłonią poprawiający markowy krawat tak ostentacyjny, że każdy musiał zauważyć i wielkie złote sygnety i ogromną spinkę ściągające wszystkie sroki w promieniu kilku kilometrów.

Rozmowa odbyła się w biurze jednego z kontrahentów. Mój niemiecki, choć nieco kulawy, wystarczał, by prowadzić konwersację, zwłaszcza że polski partner handlowy znał ten język bardzo dobrze. Szefowie wypili kawę, rzucili nieco słów na wiatr i bardzo z siebie zadowoleni rozjechali się do swoich biur.

Transakcja ostatecznie nie doszła do skutku, ale ja zostałam zatrudniona w nowej firmie, choć na starym miejscu. Zaproponowane mi warunki przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Szef chciał na mnie wydawać krocie, choć nie potrafił sprecyzować co szczecińska filia będzie robić pod jego nieobecność. Właściwie pewien był tylko jednego: trzeba sprzedać komuś te nieszczęsne ”karpaki”.

Kiedy zjawiłam się w starym-nowym biurze, na drzwiach widniał nowy szyld. Nieśmiało przekroczyłam znajomy próg. Zmieniło się, oj, zmieniło. Nowe tynki, wykładzina, meble na wymiar. Mój sekretariat łączył się teraz z przylegającym doń gabinetem dyrektora, wielkim gabinetem. Położyłam rękę na klamce i szybko ją cofnęłam. Po dłoni płynęła krew. Wejścia do eleganckiego gabinetu strzegła klamka zabita gwoździem. Pamiętam, jak łaziłam za „fachowcami”, którzy zostawili tę fuszerkę, nagabywałam ich, pilnowałam. Dyrektorowi jednak takie drobiazgi nie przeszkadzały. Ani kalecząca dłoń klamka, ani tandetnie wykończone meble, których nikt nie oszlifował w należyty sposób, ani źle docięta wykładzina. Szybko zrozumiałam, że moje starania odbiera jako nadgorliwość. Poprzestałam więc na klamce okupionej gderaniem ślusarza.

Pierwszy dyrektor był mrukliwym mężczyzną w średnim wieku. Nie miał poczucia humoru, ani planów sprzedaży bagażników. Właściwie niczym się nie wyróżniał. Wszystko było u niego takie przeciętne - średniej klasy garnitur, średni wzrost, średnia tusza. Sprawiał wrażenie kogoś, kto przystanął pod daszkiem w czasie ulewy i tylko czeka, aż przestanie padać. Nawet głowę tak dziwnie kulił w ramiona. W nic się nie angażował i wszystko mu odpowiadało. Zawsze do mnie mówił bardzo oficjalnie "pani Izo" i nigdy się nie uśmiechał. W moim towarzystwie ożywił się tylko raz, gdy przez telefon strofował robotników, którzy właśnie stawiali mu dom w willowej dzielnicy Szczecina.

Praca w nowej firmie polegała na piciu herbaty. Niekiedy piłam jej tak dużo, że język sztywniał mi jak kołek. Przychodziłam rano i nie miałam absolutnie nic do roboty. Piłam więc herbatę. Parzyłam kawę dyrektorowi. Myłam szklanki. Długie godziny można było wypełnić tylko słuchaniem radia i rozmowami z Pierwszym. W trakcie tych długich przymusowych wspólnych godzin dowiedziałam się o nim paru rzeczy. Przede wszystkim przedtem był nie jakimś dyrektorem, ale Bardzo Ważnym Dyrektorem w wielkiej firmie państwowej, a robota u Iwakowskiego, gdzie miał pod sobą tylko sekretarkę i czekał na nie wiadomo co, była dla niego poważną degradacją społeczną i finansową. Nie był wdzięcznym rozmówcą. Najczęściej patrzył przybity w blat biurka, albo nagle podrywał się i wychodził. Wracał lub dzwonił, by mnie kontrolować. Pracowałam, to znaczy dalej piłam herbatę.

Z nudów zaczęłam pisać bajki. Żółknące ryzy papieru nareszcie ożyły pod stukotem mechanicznej maszyny do pisania. Dyrektor coraz częściej znikał, więc mogłam się skupić. Mijały ciche godziny, a ja wyczarowywałam bajkowe światy, cudowne historie, zapierające dech w piersiach przygody. Przychodził dziesiąty, a ja dostawałam pobory, o jakich przedtem nigdy nawet nie marzyłam. Coraz rzadziej siadałam twarzą w twarz z Pierwszym. Już nie był pokurczony. Od pewnego czasu nie krył głowy w ramionach, a jego brzuch lekko się zaokrąglił. Wyraźnie coś kombinował.

Pewnego dnia z wielkim hukiem pojawił się sam Szef. Swoim wielkim luksusowym wozem przejechał wzdłuż całą Polskę, by "pańskim okiem" tuczyć iwakowskie filie w całym kraju. Od progu wrzeszczał na Pierwszego, oskarżał, że naraża firmę na straty, nic nie robi, nie załatwia sprzedaży tych leżących odłogiem bagażników dachowych i w ogóle to on ma tu właśnie nowego, lepszego dyrektora tej filii. Zza Iwakowskiego cicho wsunął się następny pokurczony. Starszy mężczyzna był bardzo skromny. Choć miał na sobie przyzwoity garnitur, wyglądał, jakby przepraszał za swoją obecność. Jego twarz od razu wydała mi się znajoma. Kiedy się przedstawił, jakby piorun we mnie trzasnął. Drugi to była wielka szycha minionego systemu, najważniejszy partyjniak na Pomorzu Zachodnim, były poseł. I tak teraz, taki pokurczony, za tym burakiem Iwakowskim?

Stary dyrektor jakby lekko się uśmiechnął. Nie robił problemów, nie usprawiedliwiał się. Pół roku później spotkałam go na parkingu Ornamentu, gdzie podjechał załatwiać jakąś sprawę. Od początku za plecami szefa rozkręcał własną firmę, stolarską. W kilka miesięcy zarobił majątek na tanich sosnowych trumnach i nie tylko odzyskał zainwestowane oszczędności ("całego życia!", jak podkreślał), ale i zdążył sobie kupić nowego mercedesa. Z dumą zaprezentował mi wtedy pachnące nowością wnętrze czarnego auta i przykryte folią siedzenia. Wyglądało znajomo, zupełnie jak u Szefa. Ale nie było to jedyne podobieństwo. Gdy uważniej spojrzałam na Pierwszego, mój wzrok przyciągnął jego brzuch. Wydatny i coraz bardziej sterczący. Nawet nuta agresji i arogancji w głosie brzmiały tak samo… 

Ornament się zmieniał. Wokół pojawiały się coraz elegantsze biura i coraz szybciej zmieniały się wizytówki. Właściciel biurowca, zajmujący się przecież szyldami, miał teraz sporo zamówień. Znikły firmy produkcyjne, a na ich miejscu pojawił się bank. Taki błyszczący, taki nowy. Zajmował cały parter i kilka pięter. Teraz na korytarzu nie mijałam już urodziwego blondyna w kombinezonie, ale eleganckie kobiety w koszulowych bluzkach, krótkich spódnicach i w butach na wysokich obcasach. Piły z plastikowych kubków kawę z automatu stojącego w holu. W budynku powoli rosła mała metropolia. Pojawiło się ksero, bufet i firma, która kompleksowo sprzątała większość pomieszczeń.

Drugi dyrektor okazał się dżentelmenem. Z socjalistyczną równością całował po rękach wszystkie sprzątaczki. Otwierał drzwi. Był bardzo miły. Nigdy nie widziałam go zdenerwowanego, nigdy nie powiedział nikomu złego słowa. Uśmiechał się uprzedzająco, tak na wszelki wypadek. Drugi, który pół życia był osobą publiczną i jeszcze niedawno od jego jednego słowa zależało w naszym regionie tak wiele, mieszkał w małym mieszkaniu wraz z żoną, synem, synową i wnukiem. Jeździł starą ładą. To wszystko w ogóle nie pasowało do obrazu skorumpowanego polityka i czerwonej świni. Wiele razy zastanawiałam się, czy to jego nowa twarz, twarz człowieka, który już nic nie znaczy, czy po prostu taki był zawsze?

Drugi nie sprzedał ani jednego bagażnika. Minęło kilka miesięcy i jak w jakimś dejavu pojawił się Iwakowski, a za nim wsunął się kolejny kandydat na lepszego dyrektora. Tym razem szef nie krzyczał. Wyraźnie schudł, oczy miał rozbiegane. Zza drzwi gabinetu dolatywały jakieś strzępki rozmów o urzędach skarbowych i komornikach. Drugi uścisnął dłoń swojemu następcy i bardzo spokojnie przekazał mu swoje sprawy. Wychodząc ukłonił się. Na pierwszy rzut oka było widać, że Trzeci i Drugi się znają.

Szef, jak zwykle, zniknął z naszego życia, a biurowy rytm zaczął pulsować pod dyktando Trzeciego. Ten niewysoki, szczupły mężczyzna pełen był pomysłów i sposobów na życie. Był dobrze po czterdziestce a energia wręcz go rozpierała. Nawet kiedy stał, nogi mu podrygiwały, jakby nie mogły wytrwać nieruchome. Chwalił się, że w młodości uprawiał boks. Prawie zawsze miał w ustach papieros. Jego pożółkłe od tytoniu palce ciągle coś robiły. Trzeci nie był moim dyrektorem, ale cudownym kompanem. Błyskotliwy, dowcipny, inteligentny. Postanowił sprzedać bagażniki i zrobił to. Na swych drobnych barkach potrafił przenosić góry.

Jednak mimo sprzedaży następny dziesiąty nie wyglądał tak jak zwykle. Na konto naszej filii nie wpłynęły żadne pieniądze na pobory, zaś telefon przestał być narzędziem, za pomocą którego można by było wyjaśnić takie drobne nieporozumienie. Nikt nie widział szefa ani w rodzinnym mieście gdzie miał cegielnię, ani w Warszawie, gdzie był prezesem jakiejś dużej korporacji, ani w Łodzi, gdzie przed kilkoma miesiącami kupił firmę odzieżową. Niedługo potem rozdzwoniły się telefony u nas. Sekretarka korporacji z Warszawy pilnie szukała Prezesa Iwakowskiego, a księgowa z Łodzi chciała się od niego dowiedzieć co z przelewami na wypłaty. Wreszcie dorwaliśmy numer domowy szefa. Odebrała żona.

- Dajcie mu wszyscy wreszcie święty spokój! - wrzasnęła ze złością. - Jak miał tylko cegielnię, to był z niego pan, a przez was, to ma tylko same kłopoty!

Przez chwilę podyszała jeszcze nienawiścią i wreszcie rzuciła słuchawkę. Trzeci zadumał się. Był bystry i nigdy nie czekał z założonymi rękami. To przecież właśnie jemu udało się wreszcie opchnąć te nieszczęsne bagażniki dachowe. Na pewno starczało na pensje, ale co dalej? Sięgnął po telefon i wykręcił parę numerów. Choć nigdy nie siedział na tak wysokim stołku jak Drugi, nie był byle kim. Ciągle jeszcze miał swoje wtyki w Urzędzie Miejskim i, co ciekawe, naprawdę wiele osób po prostu go lubiło. Kiedy kilka lat później SLD dorwało się do koryta, wrócił w glorii do swojego ślicznego gabinetu z widokiem na fontannę. Ale wtedy mógł co najwyżej popytać dawnych partyjnych kolegów o pracę…

Kiedy było więc już jasne, że z firmą koniec, podpisał mi świadectwo pracy i otworzył szeroko drzwi gabinetu na nowe możliwości. Uznał, że w Ornamencie jest mu zupełnie wygodnie, trzeba tylko znaleźć nowego pracodawcę.

Iwakowskiego ostatni raz zobaczyłam wiele miesięcy później, kiedy przyjechał załatwić formalności związane z rozwiązaniem filii. Wychudł,  twarz mu się zapadła, a ramiona przytrzymywał dziwny przykurcz. Zabrał kasetkę z pieniędzmi i parę dokumentów. Podobno ratował resztki niegdyś ogromnego kapitału, fingując rozwód i podział majątku.

Nowego pracodawcę Trzeci znalazł zaskakująco szybko. Pewien boss z Poznania robił wtedy biznes na wielką skalę. Jego podpis widniał na akcjach firmy, która miała stawiać domy z drewna, a było to dopiero preludium do jego ekonomicznej działalności. Gotowe biuro z wyposażeniem, budzącym zaufanie dyrektorem i atrakcyjną sekretarką to było to, czego szukał nie tylko w Szczecinie, ale i w wielu innych dużych miastach. Nigdy nie widziałam go osobiście, ale nawet na Trzecim robił wrażenie.

To była ostra jazda! W ciągu roku, nie zmieniając biurka, pracowaliśmy dla niego w sześciu kolejnych firmach. Trzeci co pewien czas wsiadał do swojego dużego fiata i z dobrze ukrywanym zdumieniem przywoził z Poznania informacje o nowych koncepcjach pracodawcy. Boss natomiast z zaskakującą regularnością tworzył klony swoich firm i przepompowywał pieniądze z jeszcze istniejących do nowych przedsięwzięć. Czegóż tam nie było! Nawet jakaś korporacja szwedzka, czy duńska. Nie nadążaliśmy nawet zmieniać tabliczek na drzwiach. Ostatecznie Boss postanowił stworzyć sieć pawilonów handlowych. Klienci nie potrzebowali nawet kiosków kupować. Wystarczało, że mieli plac, a my na miejscu montowaliśmy gotowy pawilon i wynajmowaliśmy im go.

Nareszcie pracowałam i to za dziesięciu. Spisywałam umowy, tłumaczyłam klientom zasady, dwoiłam się i troiłam. Czułam się taka ważna. Chętnych było bardzo wielu. Czekali w długiej kolejce i to bardzo cierpliwie. Cóż, mieli za sobą lata praktyki. To był rozkwit handlu, więc pomysł był trafiony. Przyjeżdżali do nas zarówno ci, którzy dostawali plac z łatwością, jak i ci, którzy wieszali psy na swych burmistrzach za ich chciwość i brak hamulców w wysokości oczekiwanych łapówek. Podpisaliśmy dziesiątki umów i w krótkim czasie postawiliśmy kilkanaście pawilonów. Byliśmy najdynamiczniej rozwijającym się oddziałem w kraju. I kiedy wszystko ruszyło pełną parą, Boss nagle przepompował wszystkie pieniądze w nową inwestycję. Z gazet dowiedzieliśmy się, że to bank.

Nawet nie było kogo spytać: "Jak to tak?" Boss nie rozmawiał o takich sprawach. Był przecież Bardzo Ważną Personą. I znaną. Dwa lata później było o nim bardzo głośno, kiedy doprowadzony do sądu nagle wyskoczył przez barierkę na mozaikową posadzkę piętro niżej.

Nasz oddział nagle zamarł. Zniknął ogonek czekających na podpisanie umowy, kilku klientów się wycofało, paru innych postawiło kioski innych producentów. Pozostało nam tylko picie herbaty i patrzenie w okno. Znajoma ciężka cisza, przerywana jedynie przykręconym głosem z radia, wypełniała przestrzeń od mojego pustego biurka do gabinetu dyrektora. Pewnego ranka Trzeci przyniósł mi własnoręcznie napisane wypowiedzenie i powtórzył sakramenckie: "Ty to sobie i tak pracę znajdziesz".

Jak to jest, że te najbardziej przykre wypowiedzenia przynoszą ludzie, których lubisz?

Poszłam piętro wyżej i parę dni później dostałam pracę w banku jako sekretarka nowo otwieranego oddziału. Ale chyba przestała działać na mnie magia Ornamentu. Może to była kwestia innego piętra? A może innego pokoju? A może rozstania z biurkiem? W każdym bądź razie nie dotrwałam do otwarcia mojego oddziału. Byłam mężatką od pięciu lat i miałam już dosyć tego sprzedawania mnie razem z wyposażeniem sekretariatu. Niepostrzeżenie zaszłam w ciążę. Dwa tygodnie po otrzymaniu z banku umowy o pracę na czas nieokreślony, wolnym krokiem weszłam do pokoju kadrowej i położyłam na jej biurku zwolnienie lekarskie. Czekałam mnie długa leżąca ciąża, przekleństwo współczesnych kobiet. Ale też wreszcie była przede mną wolność od biurowca, karuzeli upadających firm, okłamywanych kontrahentów i okradanych klientów.

Zjechałam na parter nowiutkim dźwigiem, bezszelestnym i takim błyszczącym. Stanęłam na parkingu i spojrzałam w górę na połyskujące w słońcu szyby. Znałam nawet historię budowy tego budynku, bo Trzeci, z zawodu inżynier, opowiedział mi o nim wszystko. I skąd wzięło się te dziwaczne wysunięcie parteru względem lica, po co te filary i kto jakie popełnił błędy budowlane. Położyłam rękę na brzuchu, który powoli się zaokrąglał i pomyślałam, że nie chcę już więcej tej szarpaniny. Nie chcę tej niepewności jutra. I nie chcę zależeć od ludzi głupich i nieuczciwych. Miałam 25 lat.

Trzy lata później prowadziłam własną firmę. W ciągu pięciu lat zatrudniłam i zwolniłam kilkaset osób.

.